Widocznie coś wymaga zmiany w moim życiu.
Widocznie trzeba wyhamować tę wewnętrzną nerwowość,
okiełznać zewnętrzną.
Ale im bardziej życie wali mnie po łapach,
tym bardziej z uporem maniaka pcham do przodu lub walczę bezmyślnie.
Każdego dnia cały świat pokazuje co jest dla nas najlepsze,
tylko my jak te istoty błądzące we mgle czytać nie umiemy.
Świat mówi: zwolnij, a my – dusimy do setki.
On do nas – odpuść, a my – napieramy.
Im bardziej podsuwa nam pod nos znaki,
tym bardziej my ich nie widzimy.
Stąd pewnego dnia życie bez ostrzeżenia,
stawia na naszej drodze mur
(choroba, rozwód, wypadek, śmierć, jedna i druga i oby nie pożar, utrata pracy itd.).
Z rozpędu walimy w niego łbem, nabijając sobie przy okazji solidnego guza wielkości arbuza.
Im bardziej nie słyszymy co do nas mówi nasze ciało, albo nasze życie,
tym wyżej ono zawiesza nam poprzeczkę.
I zamiast zatrzymać się i pomyśleć co dalej, skaczemy bezmyślnie jak te króliki.
Skaczemy i skaczemy. Poprzeczka cały czas wisi, a mur stoi. Niewzruszony.
Kiedy już porządnie się pod tą poprzeczką lub murem zmachamy, opadamy bezwładnie.
Zziajani hiperwentylujemy się jak psy lub koty w czasie upału.I wtedy to do nas dociera!
Tlen wietrzy nam mózg. Zaczynamy myśleć. O sobie, o życiu, o priorytetach i sensie życia...
I potem dochodzimy do zaskakujących wniosków:
po co skakać i się męczyć, może poprzeczka sama spadnie, a mur sam się rozkruszy.? oby......
Trzeba w to uwierzyc, zmienic kompletnie swoje myślenie, przeorganizowac listę priorytetów,
poczuc w sobie spokój i ukojenie, wtedy nastapi zwrot na dobrą drogę...,
po drugiej stronie tęczy, po słonecznej stronie życia.
Nie biegać, a chodzić,
nie planować, a czekac,
nie walczyć, tylko się odprężać…,
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz